|
Sama ta skłonność do manichejskich dychotomii - którą dla zachowania resztek zdrowia psychicznego powinniśmy stale przełamywać na różnych frontach - pobudza do sprzeciwu wobec wszelkich akceptacji w czambuł: ponadto - jak mądrze zauważył znakomity historyk sztuki, Gom-brich - ulegając opinii, że nie wolno krytykować tego, co należy do przyszłości, złą usługę oddajemy twórcom.
Ostatnio takie niepokoje coraz częściej przychodzą widać różnym ludziom do głowy, bo odkąd zabrałem się kilka miesięcy temu (1968) do wygłaszania w różnych gronach odczytu o konformizmie w sztuce współczesnej, wciąż trafiam w prasie na myśli czasem zbieżne z moimi, czasem rozbieżne, ale kręcące się wokół tychże (choć pod różnymi kątami obserwowanych) spraw: przypomnę artykuł Chalupecky'ego w „Twórczości", polemikę Osęki i Toeplitza w „Kulturze", wystąpienie Ptaszkowskiej we „Współczesności". Hiirdzo dobrze, że znów zaczynamy o sztuce bujniej pisać: lepiej narazić się na niechęć wielu czytelników i nawet na palnięcie głupstwa, niż siedzieć cicho, kiedy sytuacja, jak się zdaje, dojrzała do głośnych rozmyślań nad pewnymi zjawiskami, które powinny najżywiej ludzi współczesnych obchodzić. Sztuce potrzebne są dziś nie tyle szeregi manichejskich halabardników, ile spokojna informacja i dyskusja.
|