|
Warto śledzić entuzjazm romantyków wobec ówczesnych odkryć naukowych, takich jak galwanizm lub „magnetyzm zwierzęcy": oto znaleziono związek między ciałem i duszą (pisali), zasadę jedności kosmosu, kamień filozoficzny... Warto przyjrzeć się ich spekulacjom na temat symboliki barw (czerwonej, żółtej, niebieskiej) albo przypomnieć definicję alchemii z roku 1815, jako „destylowanie substancji boskiej z substancji ziemskiej"... Krok stąd zaledwie do pism Kandinsky'ego i Mondriana. Ale krok rozstrzygający: wejście w abstrakcję.
Przyszły nowe czasy: niewiarygodny rozkwit nauk ścisłych i techniki, kurczenie się globu w sieciach coraz szybszej informacji i komunikacji, totalizmy, bomba atomowa, trzeci świat, komunizm, kultura masowa. Im bliżej nas, tym bardziej skraca się perspektywa, tym wyraźniej widać pianę na falach a nie całą linię płynnego ich ruchu. Toteż każda próba opisywania zjawisk współczesnych ucieka się z konieczności do selekcji dosyć dowolnej. Mimo to trzeba próbować.
Mnie się zdaje, że wbrew pewnym pozorom artysta wraca dziś - wzdłuż dosyć dziwnej historycznej spirali, częściowo dlatego, że inteligencja roztapia się w nowych formacjach społecznych - do stanu tradycyjnego, to znaczy do swoistej zgody z mecenasem. Wcale nie byłoby się czego wstydzić, gdyby zachowywał przy tym ów konieczny margines niezależności w artystycznych decyzjach, o którym mówiliśmy w rozdziałku czwartym, a także gdyby tej zgody z mecenasem nie ukrywał.
|